LISTY Z AFRYKI I NIE TYLKO

Od 2 września 1992 roku do 26 stycznia 1996 roku pracowałem w Zairze w regionie Shaby (Katangi), będąc wykładowcą filozofii w Wyższym Seminarium Duchownym Jana XXIII prowadzonym w mieście Kolwezi przez O.O. Franciszkanów. Od stycznia 1996 do chwili obecnej jestem wykładowcą filozofii w Wyższym Seminarium Duchownym prowadzonym przez XX. Salwatorianów w Morogoro, w centralnej Tanzanii. W międzyczasie - już z Tanzanii zostałem oddelegowany do pomocy w Misji Salwatoriańskiej na Komorach gdzie spędziłem kilka miesięcy. Z tego okresu czasu pochodzą niniejsze wspomnienia w formie listów pisanych do różnych adresatów, głównie z grupy oazowej w Obornikach Śląskich.


               
               
               
               
               
        LISTÓW Z ZAIRU CZĘŚĆ PIERWSZA      
               
               
               
               
               

ZAIR LIST 15

Manika, Wrzesień 1992

Moi drodzy, “Po długich i ciężkich cierpieniach” wreszcie znalazłem się w Zairze. Mieliśmy wylecieć z Brukseli 29 sierpnia, tj. w sobotę wieczorem. Po przyjeździe na lotnisko okazało się, że samolot odleciał już przed południem bo “mu się spieszyło”. Takie było oficjalne tłumaczenie przedstawiciela linii Air Zaïre. Następny będzie dopiero w niedzielę w południe (może). Wróciliśmy więc z lotniska Zaventem w Brukseli z powrotem do Heverlee około 32 km od lotniska. W niedzielę pojechaliśmy ponownie na lotnisko ale okazało się, że samolot leci tylko do Kinshasy, a na lot do Lubumbashi trzeba będzie czekać w Kinshasie albo do poniedziałku albo do środy. Takie “albo – albo” jest raczej niepewne i może być dosyć uciążliwe. Zdecydowaliśmy więc wrócić do domu, bo czekanie na lotnisku w Kinshasie to niepewna sprawa i może być porównane do czekania na “zmiłowanie Boże”. Powiedziano nam, że następny lot do Lubumbashi jest w poniedziałek w południe. Ten termin też “nie wypalił”. Po prostu samolotu nie ma więc nie ma czym lecieć. Nikt się nie buntował i nikogo to nie dziwiło, bo wszyscy się przyzwyczaili, że linia lotnicza “Air Zaïre” to linia, którą się w Belgii nazywa “Air peut-être”, czyli “Air być może”. Nigdy bowiem nie jest się pewnym jej usług a pracownicy na każde pytanie odpowiadają właśnie peut-être - być może. Jest to jednak jedyna linia lotnicza łącząca Europę z Zairem i nie można się buntować, bo najwyżej nigdzie się nie poleci. Ostatecznie wylecieliśmy z Brukseli z kilkudniowym opóźnieniem, czyli we środę. Takie zwodzenie nie jest niczym nadzwyczajnym na afrykańskich liniach, ale o tym dlaczego tak jest miałem się dopiero dowiedzieć w przyszłości. Czas jest pojęciem względnym i doskonale rozumieją to Afrykańczycy, nigdzie się nie spiesząc i nie traktując zegarka czy kalendarza jako ostatecznego regulatora codziennego życia. To tylko my, Europejczycy spieszymy się wszędzie, bo zbyt poważnie traktujemy nasze zegarki

... dalszy ciąg w książce

Książka już do nabycia pod adresem melete@poczta.onet.pl

Powrót do strony głównej